|
|
W domu...
2012-05-16
|
Od wczoraj jestem w domu. U rodziców. Jest mi tu tak dobrze, że nawet nie za bardzo tęsknię za M. Dzwonię jednak do niego, by powiedzieć mu „dzień dobry” i „dobranoc”. I skontrolować czy grzeczny jest….
Wyrwałam się z krakowskiego kieratu, w którym chodzę jak błędna owca. Chciałam i musiałam, bo wczoraj moja mama miała imieniny. Zostanę tu do jutra. A może nawet do piątku….
Spałam przy otwartym oknie, nie obawiając się, że moje płuca wypełnią się miejskimi wyziewami. Obudziło mnie pianie koguta i wrzask wróbli.
Z rana popracowałam z tatą w ogrodzie. Wyrywałam chwasty. Ryłam widłami amerykańskimi. Jeździłam taczkami. Wynosiłam kamienie. Przerzuciłam piasek z jednej kupy na drugą. Wyłowiłam brudy z małego stawu. Spakowałam paczkę z roślinami i wysłałam ją do brata M, który jest w trakcie zakładania ogrodu.
A teraz…. Zapadłam się w ciszę i spokój. Od wszechobecnej zieleni i świeżego powietrza kręci mi się w głowie. Czy tak wygląda haj? Jeżeli tak, jestem na nim od wczorajszego popołudnia. Nieustannie.
Blizbor utwierdza mnie w tym przekonaniu wygrywając mruczandissimo i raz po raz puszczając do mnie oczka. Jego zielone ślepia wyglądają wtedy tak zabawnie. Co chwilę pokazuje białe kły w miauczącym uśmiechu i daje mi całusy wilgotnym noskiem. Nie wiem czym sobie zasłużyłam na takie względy. Jego aksamitne futro pachnie zielonością trawy i polnym wiatrem.
W tym momencie słońce zagląda przez okno do mojego pokoju. Chmury poszły sobie precz. Być może tylko na chwilę świat tak pojaśniał.
Zanim jednak wczoraj dotarłam szczęśliwie do domu, spotkała mnie, początkowo niemiła ale ostatecznie miła, przygoda.
Gdy wsiadam do środka komunikacji miejskiej, nieważne czy jest to autobus czy tramwaj, w 9 na 10 przypadków jest kontrola. Wczoraj było nie inaczej. Ponieważ jestem wzorową pasażerką i zawsze mam bilet, nie zrobiło to na mnie wrażenia. Zrobiło wrażenie dopiero wtedy, gdy Pan Kanar spojrzawszy na mój bilet rzekł, że mamy problem. Jaki problem? Bilet jest? Jest. Skasowany? Tak. Tylko, że nie taki, jak być powinien. I dowiedziałam się, że bilet nie kosztuje już 2,80 zł a 3,20zł. A skąd miałam o tym wiedzieć? Jak to skąd? Z internetu! Aha. Tylko, że strona MPK Kraków nie należy do moich ulubionych. Więc chyba zacznie należeć. Od teraz. Przekonywałam: widzi pan przecież, że bilet mam. Nie miałam zamiaru jechać na gapę. Nigdy nie jeżdżę. Poza tym mam jeszcze kilka starych biletów i co? Mam je rzucić do kosza? Tak, dla mojego dobra powinnam to zrobić. Następnym razem mogę nie trafić na tak miłego Kanara. To prawda, ten wykazał się niespotykanym u Kanarów zrozumieniem i karę mi darował. Chwała Kanarowi! Po raz kolejny przekonałam się, że podróże kształcą.
Wieczorem przyjdzie czas na lampkę wina i kawałek ciasta. Rodzinne pogawędki aż do północy. Wspomnienia i śmiech. Poczuję się jak mała dziewczynka. A potem zasnę w moim pokoju i moim łóżku, które zawsze tu na mnie czeka.
Na koniec prezentuję zbiór elementów różnych, z ogrodu i nie tylko, w nadziei, że każdy znajdzie coś dla siebie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
|
|
Waszym zdaniem:
2
|
|
Okiełznany Koń Trojański cz.6
2012-05-11
|
DZIEŃ 5.
Co za rozpusta! Tego dnia mogłyśmy pospać do 8 ponieważ wyjazd w dalszą drogę planowany był na 9. Mogłyśmy ale nie pospałyśmy.
Przed śniadaniem uskuteczniłyśmy spacer wzdłuż wybrzeża w promieniach porannego słońca. Odetchnęłyśmy rześkim jeszcze o tej porze powietrzem. Pstryknęłyśmy parę fotek. Wcześniej przeżyłam wstrząs przeglądając się w lustrze. Położyłam się z mokrymi włosami a rano wyglądałam jakby pierdyknął w nie piorun. M powiedziałby, że wyglądałam jak wqrwiony Chopin po nieudanym koncercie. Zapowiadał się dzień meczetowy więc założyłyśmy zakrywające więcej niż w dniach poprzednich ciuszki.

Cieśnina Dardanelle

Twierdza. Juz w Europie.
Wyruszyliśmy w ponad 4-godzinną drogę do Bursy. Jechaliśmy na wschód pomiędzy Morzem Marmara a Górami Pontyjskimi.
Teresa udzielała nam podstawowych informacji o dziejach Bursy i miejscach, które tam zobaczymy. Ali robił za GPS. Buc, popijając Efesa, co chwilę zadawał absurdalne pytania. Wszyscy patrzyli na niego z politowaniem, zastanawiając się czy rzeczywiście jest tak tępy czy tylko udaje. Nie muszę dodawać, że takim zachowaniem wprawiał w zakłopotanie swoją niezwykle sympatyczną żonę.
Przed nami siedziało małżeństwo- grupowe marudy. Przez cały czas mieli kwaśne miny. Cały czas byli niezadowoleni. Wciąż zgłaszali jakieś uwagi. Do wszystkiego. Zawsze coś było nie tak. Gdybym ja była tak upierdliwa, zostałabym w domu, by nie psuć humoru innym.
Do celu podróży dotarliśmy prawie w samo południe. Ulu Camii czyli Wielki Meczet był naprawdę wielki. Tak wielki, że nie udało nam się go sfotografować w całości. Budowla jest imponująca. Przytłacza swym ogromem. Jej zdjęcie, które tu zamieszczam znalazłam w sieci. Możecie policzyć kopuły. Powinno ich być 20.
Zakutane w chusty zakrywające włosy i ramiona ale za to na bosaka, wpuszczono nas do środka bocznym wejściem.

Ulu Camii-wnętrze

Wizyta nie trwała długo. Po niej przydzielono nam czas wolny. Razem ze Starszą Damą i Teresą rozsiadłyśmy się na ławce nieopodal meczetu i fontanny. Rozłożyste drzewo dawało upragniony cień. Upał był niemiłosierny. Teresa pocieszyła, że dzisiaj i tak jest w miarę znośnie. Gdy była tu 2 tygodnie temu, skwar był nie do wytrzymania. Posiliłyśmy się tureckimi obwarzankami, bardzo przypominającymi krakowskie. Tu nazywane są simit. Można je kupić u ulicznego sprzedawcy.

Zdjęcie www.turcjawsandalach
Piłyśmy bardzo turecki napój, który udało nam się dostać w najbliższej okolicy czyli pepsi. Czułam jak strużki potu spływają mi po plecach niżej i niżej. Bałam się, że na pupie mam mokrą plamę i będę wyglądała jakbym się posikała. Sądząc po zachowaniu współwycieczkowiczów, nie tylko mnie towarzyszyła taka obawa.
– Jesteście takie fajne- Starsza Dama zaskoczyła nas niespodziewanym wyznaniem. A potem zaczęła się zastanawiać, która z nas jest starsza. Po analizie obserwacji i syntezie wniosków wskazała na mnie.
Do Zielonego – a naszym zdaniem niebieskiego- Grobowca Mehmeda I, przeszliśmy pieszo. Stoi on na niewielkim wzgórzu w cyprysowym gaiku. W jego wnętrzu panuje niesamowita akustyka. Ludzkie szepty nakładają się na siebie i wzmacniają. Daje to efekt, jakby do naszych uszu ze wszystkich stron, docierały głosy z zaświatów.
I znowu dostaliśmy chwilę dla siebie. Mogłyśmy zwiedzić znajdujący się obok meczet. Wolałyśmy jednak poobserwować bawiące się młode koty w nadziei, że są to Vany. Były bowiem białe. Koty tej rasy uwielbiają pływać, co czyni je wyjątkowymi wśród tych zwierząt. Mają także oczy w różnych kolorach. J kiciała na nie zawzięcie ale nie reagowały. W Hiszpanii na koty się cmoka…. A w Turcji? Na pewno nie kicia….
A potem odstawiono nas do hotelu Kirci stojącego w sąsiedztwie dużego parku imieniem Atatürka. Do pokoju w nowodobudowanej części jechałyśmy z windową przesiadką. Do kolacji odpoczywałyśmy, leżąc jak wory na łóżkach.
Ponieważ Bursa nie przeraziła nas tak jak Izmir, po posiłku udałyśmy się na spacer. Studiując plan miasta, wyczaiłyśmy w niewielkiej odległości od hotelu kompleks Murata II, na który składał się meczet i grobowiec wspomnianego już sułtana. Wróciłyśmy, idąc przez park Atatürka.
W hotelu zahaczyłyśmy o bar, w którym spotkałyśmy Starszą Damę, pijącą çay . Dosiadłyśmy się do niej i zamówiłyśmy najdroższą w całej podróży herbatę za 3 liry.
Dama zabawiła nas opowieścią o swoim długim pobycie w Albanii. O tym, jak zaprzyjaźniła się z albańskim małżeństwem i została chrzestną ich najstarszego syna. O tym, że teraz jest już chrzestną babcią a w sierpniu jedzie na wesele ich najmłodszej córki. O tym, jak przeżyła szok, gdy po kilku latach wróciła do Tirany i w kiosku na lotnisku zobaczyła albańskie wydanie Playboya. O tym, jak tłumacząc artykuł dla miejscowej gazety, miała problem z przetłumaczeniem słowa „jałówka”, gdyż w języku albańskim takiego terminu nie ma. Zastąpiła je więc wyrażeniem „krowa dziewica”.
Śmiałyśmy się do rozpuku a drogi çay smakował wybornie.
Bursa nocą
|
|
Waszym zdaniem:
30
|
|
W moim sercu mieszka Bóg,
ulokował się tam w cichości ducha,
mówi do mnie szeptem
dodając otuchy,
czekam na Jego słowa.
/amasja, 2011/
Zamknij moje oczy,
stalowy świt juz szepcze
spowity w całun mgły
i echo granatowej nocy.
Snując się odchodzą
aniołowie bez skrzydeł
i piękna bez twarzy
o trującym dotyku.
Zamknij moje oczy
i przyłóz do nich dłonie,
i bądź tak bardzo
az uwierzę w spokój.
Niech rozdarte zmysły
nie ogarną niczego prócz snu,
snu o śnie upragnionym
i mroku.
Bądź tak bardzo
az sen mnie pochłonie,
a lęk znieruchomieje,
muśnięcia trupich ust
nie będą juz łudzić.
I bądź, tak bardzo bądź
gdy nadejdzie czas,
by się obudzić.
/amasja,22.02.2012/
Prawa autorskie zastrzezone.
Ust. z dn. 4.02.1994r.
Dz. U. 1994, nr 24, poz.83
Sprostowanie: Dz. U. 1994, nr 43
A gdybym zechciała
pójść jeszcze dalej?
Na bezdechu wchłonąć
zar moich męczarni,
krzyczeć pod kopułą
utkaną z obrzydzenia
do wszelkiej ilości
dobrych chęci.
A jeśli zechcę
pójść jeszcze dalej?
/ amasja, 1999/

Prawie czarna pantera czyli Blizbor








| << | Maj 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | | | |
| Pamiętnik: |
Spojrzeli:
1962
|
Napisali:
520
|
|
Zagościli:
4
|
|
Księga gości |